W cyklu „Wasze historie” przedstawiamy rozmowę z Aldoną Kmieć – artystą-fotografem, Ambasadorem Wielokulturowości w Ballarat w latach 2012–2014.
Justyna Tarnowska [J.T.]: Co motywowało Ciebie do podjęcia decyzji o emigracji?
Aldona Kmieć [A.K.]: Często się zastanawiam, dlaczego niektóre osoby czują się dobrze tam, gdzie są, a inne ciągle poszukują czegoś innego. Ja od zawsze miałam potrzebę poznawania świata i ludzi. Wiedziałam od dziecka, że będę robić coś kreatywnego w swoim życiu, ale musiałam do tego dojść swoją drogą.
Wszystko zaczęło się w dzieciństwie – w krajobrazie, który uczył odpowiedzialności szybciej niż słowa. Jako najstarsza z trzech sióstr od najmłodszych lat dźwigałam ciężar obowiązków i oczekiwań, szczególnie tych związanych z pracą na farmie. Poczucie odpowiedzialności nie było wyborem, lecz codziennością. Moi dziadkowie przetrwali wojnę jako robotnicy przymusowi – dziadek wrócił z niej zniszczony psychicznie, z doświadczeniem, które dziś nazywa sie traumą pourazową (PTSD). Choć niewypowiedziana, przenikała kolejne pokolenia głębokim napięciem.
Nasz dom był bardzo skromny: dwa małe pokoje dla pięcioosobowej rodziny. Toaletę w domu mieliśmy dopiero, gdy miałam jedenaście lub dwanaście lat; wcześniej, nawet zimą, do tzw. wychodka trzeba było przejść kilkanaście metrów przez podwórze. Nie było centralnego ogrzewania. Kuchnia była wszystkim naraz – sypialnią rodziców, pokojem dziennym i biurem mojego ojca. Spałam na rozkładanym fotelu, który z czasem okazał się za krótki dla moich nóg. Codzienność wyznaczały szkoła, w której – jakimś cudem – byłam bardzo dobra, niedostatek i ciężka praca na farmie, ale także momenty absolutnie magiczne – dorastanie blisko lasu i wody, wśród zwierząt, w czasie przejścia – pomiędzy komunizmem a rodzącą się demokracją, pomiędzy starym porządkiem a obietnicą zmiany.
To wyobraźnia pozwoliła mi przetrwać. I książki z biblioteki szkolnej, które stały się moją ucieczką, schronieniem i pierwszą przestrzenią wolności. Z czasem tę samą funkcję przejęła fotografia. Aparat stał się narzędziem uważnego patrzenia na świat, sposobem zapisywania tego, co kruche, przemijające i często niewidzialne: śladów pamięci, rodzinnych historii odziedziczonych po wcześniejszych pokoleniach.
Moja praktyka fotograficzna wyrasta z tych doświadczeń – z potrzeby porządkowania pamięci i mierzenia się z przeszłością. Migracja stała się dla mnie kolejnym rozdziałem tej samej opowieści: o domu, który nosi się w sobie i o obrazach, które próbują go na nowo zbudować.
Inne fragmenty tego życia… Mój tata był z wykształcenia elektrotechnikiem i robił nam zabawki z silniczkami. Ja te zabawki rozkładałam na części pierwsze, bo chciałam sprawdzić, jak one działają. Pamiętam ruchomą taśmę, której mechanizm zaintrygował mnie. Tata był smutny, gdy zobaczył, że to co budował kilka godzin, jest teraz rozebrane. To był pierwszy raz kiedy doświadczyłam głębokiego poczucia smutku i winy. Gdy dostałam narty chciałam sprawdzić na ile są elastyczne – niestety jedna narta pękła. Rodzice byli załamani – cokolwiek dotknęłam musiałam sprawdzić, jak to działa.
Nie podobały mi się zasłonki w oknach, więc ściągałam je i farbami plakatowymi malowałam kolorowe obrazki na szybach. Przez 8 lat uczyłam się gry na akordeonie. W wieku 14 lat zapisałam w pamiętniku, że pewnego dnia nauczę się języka angielskiego i zamieszkam poza Polską. Aby nauczyć się języka, podłączałam do radia antenę od telewizora, aby złapać rozgłośnię BBC. To były chyba wczesne lata 90., czas wielkich zmian.
W latach, gdy dorastałam nastąpił rozwój technologii informatycznych (telefony komórkowe, maile, Google), a także zaszły zmiany ustrojowe. W 2004 roku, z chwilą wejścia Polski do Unii Europejskiej, pojawiła się możliwość mieszkania poza krajem, z której skorzystałam. Chciałam podróżować, poznawać świat i sposób życia innych kultur, tak jak to robili Tony Halik i Elżbieta Dzikowska – bohaterowie uwielbianej przeze mnie audycji radiowej. Ach, jakże czekałam na tę cotygodniową audycję i robiłam wszystko, aby nie przegapić ani jednej z nich.
J.T.: Myśl o emigracji dojrzewała w Tobie…
A.K.: Tak. Z rodzinnej wsi Bieżeń k/ Częstochowy, gdzie moi rodzice prowadzili gospodarstwo mleczne, jeździłam na studia hotelarsko-turystyczne. W Częstochowie, i później w Warszawie, pracowałam w branży turystycznej. Już wtedy, znając język angielski myślałam o emigracji do Wielkiej Brytanii, więc aplikowałam o pracę i brałam udział online w rozmowach kwalifikacyjnych. W maju 2004 roku wyjechałam do Londynu i wpadłam w wir pracy.
Po półtora roku postanowiłam, że nie chcę żyć pracując w nienormowanym wymiarze godzin (również na noce). Chciałam pracować od poniedziałku do piątku. Dostałam pracę w brytyjskiej firmie w Notting Hill. W pracy spotkałam świetnych ludzi, ale sama praca kompletnie mnie nie interesowała. Po roku czasu, w pewien poniedziałek – jak sobie pomyślałam, że mam znów wejść do metra linii Central Line i jechać na drugi koniec Londynu – podjęłam decyzję, że odchodzę. Że chcę robić coś związanego z fotografią. Złożyłam swoje portfolio na studia fotograficzne i dostałam się. Łączyłam naukę z pracą na pół etatu w firmie zlokalizowanej koło domu. W 2007 roku założyłam swoją pierwszą stronę internetową. W tamtym okresie moja przygoda artystyczna zaczęła się stawać bardziej realistyczna.
J.T.: Skąd pomysł na przeprowadzkę na drugi kraniec świata?
A.K.: Myśląc o mieszkaniu za granicą, nigdy nie przypuszczałam, że zawędruję aż do Australii.W Londynie poznałam mojego partnera, Australijczyka z Melbourne. Po pewnym czasie podjęliśmy decyzję o przeprowadzce do Australii. W 2009 roku na krótko przyjechaliśmy do stolicy Wiktorii, a po 3 miesiącach przenieśliśmy się do Gold Coast, gdzie dostałam pracę w tym samym zawodzie (Credit Controller), który wykonywałam w Londynie.
W Queensland było nie tylko gorąco i wilgotnie (klimat, który nie za bardzo mi odpowiadał), ale także brakowało tam rozbudowanej społeczności artystycznej, na której bardzo mi zależało. Po 8 miesiącach wróciliśmy do Wiktorii. Kilka tygodni mieszkaliśmy u mamy mojego byłego partnera, równocześnie szukając domu lub mieszkania do kupienia.
O przeprowadzce do Ballarat w 2010 roku zadecydował przypadek. Wodząc palcem po mapie zaczęliśmy szukać czegoś, co nie byłoby dużym miastem. Nie ukrywam, że mieszkanie w 9-milionowym Londynie dało mi się we znaki, a mój partner przystał na moją propozycję zamieszkania w mniejszym mieście. Wypadło na Ballarat. Pół roku później udało nam się kupić tam dom.
J.T.: Co skłoniło Ciebie do zaangażowania się w Program Ambasadorski?
A.K.: Jak już bardziej zaklimatyzowaliśmy się w Ballarat, zaczęłam szukać kontaktów z lokalną społecznością, bo nikogo tam nie znałam. Przypadkowo, podczas uroczystości Remembrance Day, w których uczestniczyłam wraz z rodzicami przebywającymi na urlopie, poznałam Państwa Teresę i Romana Skrypków – pierwszych polskich emigrantów w Ballarat. Z Państwem Skrypko połączyła nas przyjaźń.
Jakiś czas później zobaczyłam, że prowadzony jest nabór do dwuletniego programu Ambasadorów Wielokulturowości.
J.T.: Na czym polegał ten program?
A.K.: Ballarat jest oficjalnie Strefą Przyjazną Uchodźcom (Refugee Welcome Zone) od 2013 roku. Stało się miejscem zamieszkania wielu migrantów, przybywających z różnych zakątków świata już od XIX wieku, kiedy rozpoczęła się gorączka złota. Program Ambasadorów Wielokulturowości (Multicultural Ambassador Program, obecnie Intercultural Ambassador Program) z powodzeniem prowadzony był przez City of Ballarat od 2006 roku. Inicjatywa wydała mi się na tyle ciekawa, że w 2011 roku zgłosiłam się do jej kolejnej edycji, realizowanej w latach 2012–2014. Zgłoszeń było dużo, a miejsc tylko dwanaście. Oprócz wysyłania aplikacji, każdy z nas przeszedł rozmowę kwalifikacyjną.
Moim celem jako Ambasadora było promowanie polskości oraz chęć współtworzenia lokalnego życia kulturalnego. Co miesiąc brałam udział w zebraniach ambasadorów. Uczestniczyłam w projektach edukacyjnych, wydarzeniach miejskich i spotkaniach odbywających się w ramach majowych obchodów Harmony Festival. Gościnnie wygłaszałam także prelekcje o polskiej kulturze w szkołach podstawowych i średnich.
W latach 2018–2020 funkcję Ambasadora Wielokulturowego pełniła też inna Polka – Magdalena Kaźmierczak, którą zachęciłam do złożenia aplikacji na to stanowisko.
Dowiedz się więcej o Multicultural Ambassador Program.
J.T.: Jakie inicjatywy kulturalne udało się Tobie zrealizować podczas Twojej kadencji?
A.K.: Zacznę od tego, że po przeprowadzce do Australii wreszcie miałam przestrzeń na sztukę. W Londynie za dużo się działo – praca, studia, życie. Wciąż brakowało czasu.
Wystawa o polskich imigrantach była w pewnym sensie najważniejszym momentem mojej aktywności jako Ambasadora. Oprócz wystawy, której byłam kuratorką, opracowałam film o polskich imigrantach. Inspiracją do wystawy były archiwalne zdjęcia, które Państwo Skrypkowie pokazywali mi przy okazji spotkań w ich domu. Za ich zgodą zeskanowałam kilka zdjęć, które włączyłam do wystawy.
Pamiętam zachwyt Pana Romana i Pani Teresy, gdy oglądali swoje zdjęcia na wystawie, na którą przyszli ze swoimi dziećmi i wnukami. Wystawa prezentowana była w Ratuszu Miejskim w Ballarat i w The Mining Exchange w dniach 10-11 maja 2014 roku.
W tym samym czasie w Ratuszu Miejskim w Ballarat prezentowana była wystawa „Ballarat Migrants Photo Exhibition” przybliżająca historie imigrantów z różnych społeczności, również z polskiej. Na projekt składały się zdjęcia z fejsbukowej strony „Have you seen Old Town Ballarat?” (ponad 70 historycznych fotografii) oraz współczesne portrety, które zrobiłam podczas projektu „We R You” realizowanego z inicjatywy City of Ballarat Arts & Culture i Wiktoriańskiego Ministerstwa Sprawiedliwości. Obie wystawy odbyły się podczas popularnego dorocznego festiwalu Ballarat Heritage Weekend.
Jako Ambasador wzięłam udział w otwarciu Muzeum Australijskiej Demokracji w Eureka (w skrócie M.A.D.E.), które w 2013 roku zostało uruchomione jako druga – po Canberze – tego typu placówka w Australii. Celem tej wielomilionowej inwestycji było ukazanie historii australijskiej demokracji poprzez Eureka Rebellion (powstanie górników złota w miejscowości Ballarat[1] – przyp. JT), ale nie tylko, bowiem na wystawie można było znaleźć także historię walki o demokrację z naszego rodzimego podwórka – NSZZ „Solidarność”.
W ramach wydarzeń towarzyszących otwarciu Muzeum zrealizowałam projekt fotografii ulicznej (street art), skupiający się na zdjęciach ludzi uczestniczących w wydarzeniu. Wzięłam także udział – jako jedna z 20 mówców – w cyklu wykładów M.A.D.E. By Women, które odbywały się w dniach 4-5 maja 2013 roku. Był to dla mnie ogromny zaszczyt wystąpić w gronie wybitnych postaci jak Tanya Hosch, Jan Owen i dr Clare Wright, które omawiały swoją pracę i szerszy wkład kobiet w demokrację, a także podzielić się swoją historią. Podczas swojego wystąpienia opowiedziałam o dorastaniu w komunizmie, transformacji demokratycznej i drodze do Australii.
Muzeum M.A.D.E. zostało zamknięte w kwietniu 2018 r. z powodu małej liczby odwiedzających i wysokich kosztów operacyjnych. Obecnie miejsce M.A.D.E zajmuje Eureka Stockade Museum, które koncentruje się na Powstaniu w Eurece z 1854 roku i posiada w swoich zbiorach oryginalna flagę z tego powstania.
Zapoznaj się z broszurką VLGMIN Forum 2014.
J.T.: Czy mieszkając w Ballarat miałaś szerszy kontakt z lokalną Polonią?
A.K.: Regularnie spotykałam się z Państwem Skrypkami, którzy byli jednymi z założycieli Stowarzyszenia Polaków w Ballarat. Pierwsze spotkania Stowarzyszenia odbywały się w piwnicy ich domu.
Pan Roman zachęcał mnie nawet do zaangażowania się w działalność polonijną i przejęcie kierownictwa nad organizacją. Wiem, że były próby ożywienia działalności Stowarzyszenia, które podejmowały różne osoby, w tym Elżbieta Drozd z Australian Multicultural Community Services, która przyjeżdżała na spotkania z Melbourne. Ogólnie brakowało ludzi, aby pociągnąć tę organizację. Ja niestety nie mogłam wówczas zaangażować się w taką działalność.
Stowarzyszenie zakończyło swoją działalność w 2018 roku.
J.T.: Wracając do roli Ambasadora Wielokulturowego: w jaki sposób to doświadczenie pozwoliło Tobie lepiej rozumieć innych ludzi?
A.K.: Ciekawość drugiego człowieka była i jest dla mnie czymś naturalnym, wrodzonym. Wychowałam się w miejscu, gdzie miałam stały kontakt z ludźmi. Pradziadek i dziadek całe życie byli sołtysami. Mój ojciec pełnił tę funkcję przez 22 lata a potem był członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego. Do naszego domu przychodziło dużo ludzi. Nasza ciekawość do innych osób, jak również ich ciekawość do nas to było coś naturalnego. Będąc artystą-fotografem potrafię patrzeć. Próbuję zrozumieć świat, doświadczenia moje i innych ludzi, różne historie i przekazać emocje oraz doświadczenia w sposób dokumentalny albo abstrakcyjny.
J.T.: Skąd wzięła się koncepcja projektu „My Australia My Journey” i co chciałaś przez niego przekazać?
A.K.: Projekt ten zaczęłam realizować 17 lat temu, kiedy miałam jeszcze dużo energii (śmiech). Byłam podekscytowana miejscem, w którym się znalazłam. Odkryłam, że Ballarat ma coś w sobie. Mieszkała tam mała społeczność (w 2011 roku było 95 tys. ludzi, obecnie jest ich może 130 tys.), ale ludzie byli ze sobą zżyci.
Pamiętam rok 2012 i tragiczny pożar u sąsiadów (ich dom całkowicie spłonął). Musieliśmy się ewakuować w środku nocy. Okoliczni mieszkańcy okazywali troskę zarówno pogorzelcom, jak i osobom mieszkającym w sąsiedztwie. Przez kilka tygodni ludzie przychodzili i pytali, czy wszystko OK, czy mogą nam w czymś pomóc. Podczas rozmowy z jedną parą spacerującą z psem, okazało się, że są lokalnymi artystami. Zaprosili mnie do nowo tworzącej się grupy artystycznej SHAC (która istnieje do tej pory) w naszej dzielnicy Soldiers Hill.
Niezwykle cennym doświadczeniem był mój udział w programie LBWR – Leadership Ballarat & Western Region (2014), australijskim programie rozwoju przywództwa społecznego, który został dla mnie zasponsorowany przez City of Ballarat Council.
Jako absolwentka już dwóch programów przywódczych – LBWR (Ballarat, 2014) oraz GCLP (Gippsland, 2018) – posiadam szeroką wiedzę na temat funkcjonowania społeczności lokalnych. Dzięki tym programom, z których każdy trwał rok, mieliśmy okazję m.in. odwiedzić dwa więzienia stanowe i rozmawiać z osadzonymi, poznać rolę szpitali, organizacji rządowych oraz pozarządowych.
Jednym z najciekawszych doświadczeń była także coroczna podróż do Canberry, gdzie mogliśmy spotkać się z przedstawicielami instytucji federalnych, uczestniczyć w „Question Time” w Parlamencie i lepiej zrozumieć, jak funkcjonuje system polityczny i administracyjny Australii.
W tym okresie robiłam także dużo portretów przeróżnym ludziom. Wspomnę chociażby Sudańczyków, uciekających przed wojną, którym wykonałam fotografie studyjne na pięknym, kwiatowym tle.
W latach 2012–2013 przy projekcie ulicznym pracowałam z grupą nastoletnich uchodźców z Afganistanu, którzy przybyli na łodziach do Australii. Ballarat było jednym z miast, które ich osiedliło. Było to niesamowite doświadczenie.
Cały czas rozwijałam koncepcję „My Australia My Journey”. Powstały nowe zdjęcia m.in. Ambasadorów Wielokulturowości. Kilka fotografii zostało pokazanych na Ballarat Foto Biennale w 2015 roku.
Rok wcześniej, jedno z moich zdjęć, dostało się do finału prestiżowej Bowness Photography Prize w Monash Gallery of Art w Melbourne (obecnie Museum of Australian Photography). Zdjęcie Afrykańczyka zostało pokazane w gronie 48 finałowych zdjęć.
Więcej o wystawie przeczytasz TUTAJ.
Potem w Ballarat zrobiłam projekt uliczny W R You, polegający na drukowaniu dużych fotografii / plakatów na biało-czarnym papierze i przyklejanych tymczasowo na budynkach. Do realizacji tego półrocznego przedsięwzięcia zostałam wybrana w drodze naboru ofert. Projekt był sponsorowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości, a jego celem była walka z graffiti (takim pojawiającym się w nocy) poprzez pokazanie ludziom, jak może w inny sposób wyglądać sztuka uliczna. Że są inne ściany, gdzie można zrobić fajne murale czy graffiti. Projekt ten był popularny do tego stopnia, że australijski Channel 7 skontaktował się ze mną w 2015 roku, chcąc nakręcić odcinek o mojej sztuce dla programu Better Homes and Gardens TV.
Odcinek Better Homes and Gardens TV obejrzysz TUTAJ.
J.T.: Czy bycie artystą jest trudne?
A.K.: Tak, jeśli chce się żyć ze sztuki. I to niezależnie, gdzie się żyje. Przez wiele lat utrzymywałam się z fotografii komercyjnej, robiąc zdjęcia np. na weselach, wernisażach lub dla przeróżnych organizacji. Założyłam sobie jednak cel: 50% pracy komercyjnej i 50% pracy artystycznej.
Bycie artystą to jest moje życie. Zawsze czułam się artystą i osobą kreatywną, chociaż nie miałam jako dziecko możliwości chodzenia do szkoły artystycznej w Polsce. Gdziekolwiek żyłam starałam się zachować ciągłość tworzenia i cały czas rozwijałam się twórczo. Po przeprowadzce do Australii znalazłam przestrzeń i czas, aby oddać się mojej pasji artystycznej. Staram się, aby częściowo móc się utrzymać ze swojej sztuki.
J.T.: Co jest wyzwaniem w pracy twórczej?
A.K.: Na początku warto podkreślić, że artyści zadają krytyczne pytania o rzeczywistość. Niektórych pytania te przerażają. Niektórym one nie pasują, bo weryfikują bezsensowność niektórych działań. Może nie jest przypadkowe to, że poprzedni rząd Partii Liberalnej podwyższył opłaty za dyplom studiów wyższych ze sztuki do 50 tys. dolarów. Poza tym, w Australii nie ma zbyt wielu źródeł dofinansowania na projekty artystyczne.
Kluczowe pytanie jest, czy umiesz wyobrazić sobie życie bez sztuki i artystów?
J.T.: Nie.
A.K.: No właśnie. Praca artysty to jak wiele innych zawodów, składa się z różnych elementów. Szukanie dofinansowania na projekty, pisanie grantów i szukanie listów poparcia, dokumentowanie prac, marketing, zadania administracyjne, podatki, księgowość… Przy założeniu, że 3-4% wniosków otrzymuje dofinansowanie, proces ten jest pełen wyzwań. Dużo czasu poświęcam na znalezienie grantów na realizację projektów tworzonych z lokalnymi społecznościami i artystami oraz z ludźmi z różnymi potrzebami.
Poza tym jest sam proces tworzenia: notowanie pomysłów, które przychodzą o różnych porach dnia i nocy, planowanie i praca w studiu. Osobiście, uwielbiam proces tworzenia czegoś, co miałoby sens i byłoby zrozumiałe przez innych. Żeby dawało im radość z życia w miejscu/ rzeczywistości, w której są.
Podczas studiów i pracy zawodowej nauczyłam się wielu umiejętności – zarządzania, planowania, pisania wniosków o dofinansowanie, udzielania wywiadów i umiejętności wyrażania siebie w innym języku – z których obecnie korzystam w swojej pracy jako artysty.
J.T.: Swoim doświadczeniem dzielisz się także z innymi – uczniami i młodymi adeptami sztuki.
A.K.: Tak. Chociaż przekazywanie wiedzy zawsze było mi bliskie, dopiero teraz czuję większą potrzebę uczenia innych i myślę o zostaniu wykładowcą na uczelni wyższej. Niestety bardzo trudno jest się dostać, bo większość wykładowców ma doktoraty lub magisterkę. Moje życie potoczyło się tak, że nie poszłam na studia magisterskie. Zawsze miałam inne priorytety np. kupno domu. Studia były na dalszym planie.
Pomimo tego przez lata ciężko pracowałam, aby zdobyć wiedzę i umiejętności, przydatne w pracy nauczyciela sztuki. Ukończyłam studia licencjackie z fotografii na London Metropolitan University, intensywny 6-miesięczny Certificate IV Training and Assessment na RMIT oraz szereg szkoleń z zakresu marketingu, WordPressa i mediów społecznościowych. Posiadam ponad 17-letnie doświadczenie pracy jako artysta wizualny, wzbogacone licznymi udziałami w konkursach fotograficznych i ponad 100 wystawach zbiorowych oraz indywidualnych. Moja ostatnia solowa wystawa „Hills Hoist” prezentowana była w Melbourne City Library Gallery od 12 listopada do 7 grudnia 2025.
Od grudnia tego roku prowadzę warsztaty cyjanotypii i fotografii w moim nowym studiu mieszczącym się w znanej historycznej kolonii artystów w Montsalvat (Eltham, północno-wschodnia dzielnica Melbourne), która jest najstarszą, nieprzerwanie działającą społecznością artystyczną w Australii.
J.T.: Angażujesz się także w w inicjatywy wolontariackie…
A.K.: Jestem wolontariuszem w Heide Museum of Modern Art – placówce przybliżającej nowoczesną sztukę australijską. Cały czas staram się być aktywna w świecie artystycznym.
J.T.: Jakie tematy inspirowały Ciebie kiedyś? Jak na przestrzeni lat zmieniały się obiekty Twoich fascynacji?
A.K.: W każdym miejscu, w którym dane było mi żyć – Queensland, Ballarat, Gippsland, Melbourne – realizowałam ciekawe projekty, których wspólnym mianownikiem byli ludzie, krajobrazy i to, co się dzieje w społeczeństwie. Trudno wybrać jeden szczególny…
W latach 2020–2022 wraz z trójką innych fotografów zrealizowałam projekt polegający na dokumentacji pandemii koronawirusa i pożarów w regionalnej Wiktorii. Podróżowaliśmy po stanie, robiliśmy zdjęcia i prowadziliśmy rozmowy z osobami z pierwszej linii frontu m.in. pielęgniarkami i strażakami. Wystawa fotografii z projektu została zaprezentowana w Wiktoriańskiej Bibliotece Stanowej (State Library VIC), a potem także w innych miastach. Obecnie wystawa stanowi część kolekcji stanowej.
J.T.: Fotografowałaś wielu ludzi i wiele miejsc. Które sesje najgłębiej utkwiły w Twojej pamięci?
A.K.: Pamiętam zapachy, światło, kolory… takie fotograficzne migawki z różnych przeżyć. W mojej dziecięcej pamięci utkwiły biało-czarne obrazy Częstochowy… osoby pod parasolkami, które sprzedawały oranżadę cytrynową i truskawkową. Z pobytu w Maroko w 2007 roku zapamiętałam światło, które ogarnęło uliczny zgiełk późnym popołudniem, z Tokyo – uprzejmość ludzi, dźwięk zderzających się ciał w corocznym japońskim konkursie sumo, i czystość ulic.
Zawsze starałam się być otwarta na świat. Przez trzy pierwsze miesiące studiów fotograficznych w Londynie mało rozmawiałam z ludźmi. Za to często wychodziłam na ulicę i obserwowałam ludzi i codzienność dnia powszedniego. Jak często zapominamy, że poza pracą i obowiązkami toczy się życie. Fotografia jest doskonałym narzędziem, aby utrwalać magię codzienności i zapamiętywać dobre chwile.
Nigdy nie wiadomo, które zdjęcie będzie tym szczególnym. Ale jako artysta patrzę na świat i zauważam pewne ujęcia, które chcę zachować w kadrach. Tak było ze zdjęciem kałuży w lesie w 2023 roku. Był grudzień. Spadło dużo śniegu, ale nie było jeszcze mrozu. W lesie napotkałam wielką kałużę, która rozlała się na całej drodze, uniemożliwiając przejazd. Zrobiłam czarno-białą fotografię. Kałuża jest czarna, a wokół są drzewa pokryte śniegiem. Obraz ten symbolizował poczucie „rozdwojenia”, które czujemy w sobie, jak migrujemy i pozostawiamy naszą rodzinę na drugim końcu świata. Jak robiłam to zdjęcie myślałam właśnie o przepaści między ludźmi stającymi po dwóch stronach kałuży, symbolizującej odległość między krajami.
W 2024 roku zdjęcie to znalazło się w grupie finalistów nagrody CLIP Award Contemporary Landscapes in Photography i prezentowanych na wystawie w Perth.
J.T.: Czy masz jakieś artystyczne marzenie?
A.K.: Chcę się dalej rozwijać i uczyć, realizować ciekawe projekty. Od roku eksperymentuję z metodą cyjanotypii – historycznej i alternatywnej techniki fotograficznej, opartej na światłoczułości związków żelaza, umożliwiającej tworzenie obrazów bez aparatu (fotogramów) lub z negatywów za pomocą światła UV[2].
Bardzo podoba mi się, że metoda jest manualna, że wszystko robi się rękami. Jak już wspomniałam powyżej, aktualnie prowadzę warsztaty cyjanotypii w moim nowym studiu w Montsalvat w Melbourne i serdecznie wszystkich na nie zapraszam.
Dowiedz się więcej o warsztatach.
Wspomniana już wcześniej wystawa „Hills Hoist” była efektem współpracy z moją siostrą i siostrzeńcami, z którymi zrobiłam kilkanaście botanicznych odbitek cyjanotypijnych. Nie lada wyzwaniem było zrobienie odbitek paproci na dużym prześcieradle znalezionym na strychu. Ale daliśmy radę.
Jakiś czas temu próbowałam nawiązać kontakt z artystami ze Stanów Zjednoczonych. Byłam zainteresowana rezydencją artystyczną w San Francisco, w Kalifornii, aby współpracować z archiwami polskiej emigracji. Niestety nie udało się.
W niedalekiej przyszłości mam zamiar powrócić do mojego pomysłu z 2024 roku, którego celem byłoby udokumentowanie zmian w życiu Polek, które w podobnym okresie, co ja przeprowadziły się do Londynu. Projekt chciałabym zrealizować dzięki dofinansowaniu z Creative Australia, największej instytucji rządowej wspierającej artystów. Może trzeci wniosek okaże się tym szczęśliwym.
J.T.: Tego Ci życzę. Dziękuję za rozmowę.
Rozmowę przeprowadzono 4 grudnia 2025.
Aldona Kmieć – rocznik 1977, fotografka i artystka wizualna z Melbourne, Ambasador Wielokulturowości w Ballarat w latach 2012–2014. Jej twórczość obejmuje fotografię cyfrową i analogową, instalacje oraz prace archiwalne. Czerpiąc z tematów przynależności, pamięci i przemieszczenia, łączy w swojej twórczości podejście konceptualne i dokumentalne, aby zgłębiać złożoność tożsamości i więzi.
Aldona studiowała fotografię na London Metropolitan University (2006–2008), gdzie jej wystawa dyplomowa przyniosła jej pierwszą fotograficzną nagrodę. Po emigracji do Australii w 2009 roku założyła pracownię fotograficzną i studio w Ballarat, gdzie rozwinęła dorobek artystyczny odzwierciedlający szersze wątki społeczne.
Do jej ostatnich wystaw należą: „Hills Hoist” (2025), „Veil” (2024), „Neighbourhood Watch” (2024) i „Winterbloom” (2021), a także prace dokumentalne na zlecenie Biblioteki Stanowej Wiktorii (2021–2022). Jej wcześniejsze projekty to „In the Process of Healing” (2017) i „We R You” – partycypacyjna inicjatywa street artu w Ballarat (2013). W 2012 roku została wybrana do programu rezydencyjnego Under the Floorboards, co jeszcze bardziej poszerzyło jej praktykę.
Prace Aldony zostały docenione zarówno w kraju, jak i za granicą, a ostatnio znalazła się w gronie finalistów takich konkursów, jak Omnia Art Prize (2025), Mullins Conceptual Photography Prize (2024) i prestiżowej nagrody Bowness Photography Prize (2014). Znalazła się również na długiej liście nominowanych do Taylor Wessing Photographic Portrait Prize (Wielka Brytania, 2024).
Jej twórczość była wspierana grantami i rezydencjami, w tym City of Melbourne Arts Grant (2025), a także możliwościami współpracy z Montsalvat Art Centre, Gasworks Arts Park i Trocadero Projects, gdzie otrzymała wsparcie mentorskie i zaangażowała się w specjalistyczne rezydencje studyjne.
Strona internetowa artystyki https://aldonakmiec.com/.
[1] Cyjanotypię, znaną z charakterystycznych niebieskich odbitek, wynalazł w 1842 roku Sir John Herschel – angielski naukowiec (astronom, fizyk i chemik), dwukrotny laureat Medalu Copleya – najwyższej nagrody naukowej w XIX wieku.
[2] Eureka Rebellion – powstanie górników złota w miejscowości Ballarat (Wiktoria, Australia), mające miejsce w 1854 roku. Wymierzone zostało przeciwko brytyjskim władzom kolonii, które to w trakcie wiktoriańskiej gorączki złota obłożyły górników wymogiem posiadania licencji wydobywczej, horrendalnie wysokim podatkiem wynikającym z jej posiadania (wobec którego nie mogli się formalnie sprzeciwić, gdyż nie mieli praw wyborczych), a także na inne sposoby traktowali górników w sposób brutalny i niesprawiedliwy, głównie podczas pobierania opłat. Punktem kulminacyjnym konfliktu była bitwa o Palisadę Eureka, stoczona 3 grudnia 1854 roku w Eureka Lead (źródło: Wikipedia).
Zdjęcie tytułowe: grafika własna z wykorzystaniem portretu artystki na wystawie „Veil , Tacit Art Gallery 2024 © Aldona Kmiec 2024







