W cyklu „Wasze historie” przedstawiamy rozmowę z Aldoną Kmieć – artystą-fotografem, Ambasadorem Wielokulturowości w Ballarat w latach 2012–2014.
Justyna Tarnowska [J.T.]: Co motywowało Cię do podjęcia decyzji o emigracji?
Aldona Kmieć [A.K.]: Wszystko zaczęło się w dzieciństwie – w krajobrazie, który uczył odpowiedzialności szybciej niż słowa. Jako najstarsza z trzech sióstr od najmłodszych lat dźwigałam ciężar obowiązków i oczekiwań, szczególnie tych związanych z pracą na farmie. Poczucie odpowiedzialności nie było wyborem, lecz codziennością. Moi dziadkowie przetrwali wojnę jako robotnicy przymusowi – dziadek wrócił z niej zniszczony psychicznie, z doświadczeniem, które dziś nazywa się traumą pourazową (PTSD). Choć niewypowiedziana, przenikała kolejne pokolenia głębokim napięciem.
Nasz dom w Bieżanach koło Częstochowy, gdzie moi rodzice prowadzili gospodarstwo mleczne, był bardzo skromny: dwa małe pokoje dla pięcioosobowej rodziny. Kuchnia była wszystkim naraz – sypialnią rodziców, pokojem dziennym i biurem mojego ojca. O centralnym ogrzewaniu można było pomarzyć. Do tak zwanego wychodka trzeba było przejść kilkanaście metrów przez podwórze. Spałam na rozkładanym fotelu, który z czasem okazał się za krótki dla moich nóg. Codzienność wyznaczały: szkoła, w której – jakimś cudem – byłam bardzo dobra, niedostatek i ciężka praca na farmie, ale także momenty absolutnie magiczne – dorastanie – w okresie przejściowym z komunizmu do demokracji, pomiędzy starym porządkiem a obietnicą zmian – blisko lasu i wody, wśród zwierząt.
To wyobraźnia pozwoliła mi przetrwać ten trudny okres. Książki ze szkolnej biblioteki stały się moją ucieczką, schronieniem i pierwszą przestrzenią wolności. Z czasem tę funkcję przejęła fotografia. Aparat stał się narzędziem uważnego patrzenia na świat, sposobem „zapisywania” tego, co kruche, przemijające, często niepostrzegalne. Moja praktyka fotograficzna wyrosła z tych doświadczeń – z potrzeby porządkowania pamięci i mierzenia się z przeszłością. Migracja stała się dla mnie kolejnym rozdziałem tej samej opowieści: o domu, który nosi się w sobie i o obrazach, które próbują go na nowo zbudować.
J.T.: Co ukształtowało Twoją ciekawość świata? Skąd wzięła się chęć wyjazdu za granicę?
A.K.: Mój tata był z wykształcenia elektrotechnikiem i robił dla mnie i moich sióstr zabawki z silniczkami. Ja rozkładałam te zabawki na części pierwsze, żeby sprawdzić, jak działają. Pamiętam ruchomą taśmę, której mechanizm zaintrygował mnie. Tata był smutny, gdy zobaczył, że to co budował kilka godzin, zostało rozebrane. Wtedy po raz pierwszy doświadczyłam głębokiego poczucia winy. Inny przykład mojej „ciekawości” to sprawdzanie wytrzymałości i elastyczności nart, które podarowali mi rodzice. Jedna z nich złamała się. Rodzice byli załamani. Nie podobały mi się zasłonki w oknach, więc je zdjęłam. Plakatowymi farbami zamalowałam szyby. Osiem lat z zapałem uczyłam się gry na akordeonie. Jako czternastolatka zanotowałam, że pewnego dnia nauczę się języka angielskiego i zamieszkam poza Polską. Aby nauczyć się języka, podłączałam do radia antenę od telewizora, aby złapać rozgłośnię BBC. To były chyba wczesne lata dziewięćdziesiąte, czas wielkich zmian.
Wraz z moim wchodzeniem w dorosłość następował rozwój technologii informacyjnej. Zmienił się sposób, w jaki ludzie komunikują się, uczą i pracują. Nastąpił dynamiczny rozwój internetu. Powszechne stało się używanie komputerów, smartfonów i tabletów. Zaszły zmiany ustrojowe. W 2004 roku, z chwilą wejścia Polski do Unii Europejskiej, pojawiła się możliwość zamieszkania poza krajem, z której skorzystałam. Chciałam podróżować, poznawać różne kultury świata, tak jak to robili Elżbieta Dzikowska i Tony Halik – bohaterowie mojej ulubionej audycji radiowej. Starałam się nie przegapić ani jednej z nich.
J.T.: Myśl o emigracji dojrzewała w Tobie…
A.K.: Tak. Po studiach hotelarsko-turystycznych w Częstochowie podjęłam pracę w branży turystycznej najpierw w Częstochowie, a potem w Warszawie. To wtedy zaczęłam myśleć o emigracji do Wielkiej Brytanii. Wysyłałam podania i brałam udział online w rozmowach kwalifikacyjnych. W maju 2004 roku wyjechałam do Londynu i wpadłam w wir zajęć. Po dwóch latach dojrzała we mnie myśl zajęcia się fotografią. Dostałam się na studia fotograficzne. W 2007 roku założyłam swoją pierwszą stronę internetową, na której prezentowałam autorskie fotografie.
J.T.: Skąd pomysł na przeprowadzkę na drugi kraniec świata?
A.K.: W Londynie poznałam Australijczyka. W 2009 roku zamieszkaliśmy w Melbourne, skąd mój partner pochodzi. Na kilka miesięcy przenieśliśmy się do Gold Coast, gdzie zaoferowano mi stanowisko kredytowego kontrolera. Analizą zdolności kredytowej klientów, oceną kredytowego ryzyka zajmowałam się już w Londynie. Nie popracowałam długo, ponieważ z trudem znosiłam gorący i wilgotny klimat. Jednocześnie brakowało mi rozbudowanej społeczności artystycznej. Wróciliśmy do Melbourne.
W 2010 roku przeprowadziliśmy się do Ballarat. Wielomilionowy Londyn opuszczałam zmęczona zgiełkiem z myślą, że dobrym miejscem do życia mogłoby być miasto średniej wielkości. Pół roku później kupiliśmy dom.
J.T.: Co skłoniło Cię do zaangażowania się w Program Ambasadorski?
A.K.: Jak już zaklimatyzowaliśmy się w Ballarat, zaczęłam szukać kontaktów z lokalną społecznością. Uczestnicząc – wraz z rodzicami, którzy przyjechali do nas z Polski na urlop – w obchodach Dnia Pamięci (Remembrance Day), poznałam małżeństwo Teresę i Romana Skrypków, pierwszych polskich emigrantów w tym mieście. Zainteresowało mnie ich życie na obczyźnie. Zaprzyjaźniliśmy się. Kiedy więc dowiedziałam się, że prowadzony jest nabór do dwuletniego programu Ambasadorów Wielokulturowości, postanowiłam aplikować z myślą o promowaniu polskości.
J.T.: Na czym polegał ten program?
A.K.: Ballarat jest oficjalnie Strefą Przyjazną Uchodźcom (Refugee Welcome Zone), miejscem zamieszkania migrantów z różnych zakątków świata już od XIX wieku, kiedy to rozpoczęła się gorączka złota. Program Ambasadorów Wielokulturowości (Multicultural Ambassador Program, obecnie Intercultural Ambassador Program) prowadzony był z powodzeniem przez władze miasta od 2006 roku. Zgłosiłam się do edycji realizowanej w latach 2012–2014. Kandydatów było wielu, a miejsc tylko dwanaście. Z każdym przeprowadzono rozmowę kwalifikacyjną.
Moim celem jako Ambasadora było – obok promowania polskości – współtworzenie lokalnego życia kulturalnego. Co miesiąc brałam udział w zebraniach ambasadorów. Uczestniczyłam w projektach edukacyjnych, wydarzeniach miejskich i spotkaniach odbywających się w ramach majowych obchodów Festiwalu Harmonii (Harmony Festival). Gościnnie wygłaszałam także prelekcje o polskiej kulturze w szkołach podstawowych i średnich.
Nadmienię, że w latach 2018–2020 funkcję Ambasadora Wielokulturowego pełniła też inna Polka – Magdalena Kaźmierczak, którą zachęciłam do udziału w tej ważnej inicjatywie.
Dowiedz się więcej o Multicultural Ambassador Program.
J.T.: Jakie inicjatywy kulturalne zrealizowałaś podczas Twojej kadencji?
A.K.: Przede wszystkim wystawę o polskich imigrantach prezentowaną w Ratuszu Miejskim w Ballarat i w budynku byłej giełdy górniczej – The Ballarat Mining Exchange – w maju 2014 roku. Inspiracją były archiwalne zdjęcia, które państwo Skrypkowie pokazywali mi – a następnie udostępnili – przy okazji spotkań w ich domu. Pamiętam zachwyt pana Romana i pani Teresy, gdy oglądali je na wystawie, na którą przyszli ze swoimi dziećmi i wnukami. Oprócz wystawy, której byłam kuratorką, zrealizowałam film o polskich imigrantach.
W tym samym czasie w Ratuszu Miejskim można było oglądać jeszcze jedną wystawę „Ballarat Migrants Photo Exhibition” przybliżającą historie imigrantów z różnych społeczności, również z polskiej. Znalazły się na niej zdjęcia z fejsbukowej strony „Have you seen Old Town Ballarat?” oraz współczesne portrety, w moim przypadku wykonane w ramach projektu „We R You” realizowanego przez Wydział Kultury i Sztuki oraz Wiktoriańskie Ministerstwo Sprawiedliwości. Obie wystawy odbyły się podczas dorocznego Weekendu Dziedzictwa Kulturowego w Ballarat (Ballarat Heritage Weekend).
Jako Ambasador Wielokulturowości wzięłam udział w otwarciu Muzeum Australijskiej Demokracji w Eureka (w skrócie M.A.D.E.) w Centrum Eureka w Ballarat (Eureka Centre Ballarat), które w 2013 roku zostało uruchomione jako druga – po Canberze – tego typu placówka w Australii. Celem tej wielomilionowej inwestycji było ukazanie historii australijskiej demokracji poprzez Eureka Rebellion (powstanie górników złota w miejscowości Ballarat[1] – przyp. JT). Swoistą ciekawostką, którą można było znaleźć na tej wystawie, była ilustrowana historia walki NSZZ „Solidarność” o demokrację.
W ramach wydarzeń towarzyszących otwarciu muzeum zrealizowałam projekt fotografii ulicznej (street art), skupiający się na zdjęciach ludzi uczestniczących w wydarzeniu. Wzięłam także udział – jako jedna z dwudziestu prelegentów – w cyklu wykładów M.A.D.E. By Women, które odbywały się w dniach 4-5 maja 2013 roku. Był to dla mnie ogromny zaszczyt wystąpić w gronie wybitnych postaci, jakimi są Tanya Hosch, Jan Owen i dr Clare Wright. Opowiedziałam o dorastaniu w komunizmie, transformacji demokratycznej i drodze do Australii.
M.A.D.E. zostało zamknięte w kwietniu 2018 roku z powodu małej liczby odwiedzających i wysokich kosztów operacyjnych. Obecnie jego miejsce zajmuje Eureka Stockade Museum, które koncentruje się na powstaniu w Eurece z 1854 roku i posiada w swoich zbiorach oryginalną flagę z tego powstania.
Zapoznaj się z broszurką VLGMIN Forum 2014.
J.T.: Czy mieszkając w Ballarat miałaś szerszy kontakt z lokalną Polonią?
A.K.: Regularnie spotykałam się z państwem Skrypkami, współzałożycielami Stowarzyszenia Polaków w Ballarat. W piwnicy ich domu odbywały się pierwsze spotkania tej organizacji.
Roman Skrypko zachęcał mnie nawet do zaangażowania się w działalność polonijną i przejęcia kierownictwa nad organizacją. Wiem, że były próby ożywienia działalności stowarzyszenia, które podejmowały różne osoby, między innymi Elżbieta Drozd z Australian Multicultural Community Services, która przyjeżdżała na spotkania z Melbourne. Zabrakło ludzi, aby pociągnąć tę organizację. Mnie niestety nie pozwalał wtedy brak czasu. Stowarzyszenie zakończyło swoją działalność w 2018 roku.
J.T.: Wróćmy do roli Ambasadora Wielokulturowego. W jaki sposób to doświadczenie pozwoliło Ci lepiej rozumieć innych ludzi?
A.K.: Ciekawość drugiego człowieka była i jest dla mnie czymś naturalnym, jakby wrodzonym. Wychowałam się w miejscu, gdzie miałam stały kontakt z ludźmi. Pradziadek i dziadek całe życie byli sołtysami. Mój ojciec pełnił tę funkcję przez dwadzieścia dwa lata, a następnie należał do Polskiego Stronnictwa Ludowego. Do naszego domu przychodziło wiele ludzi. Nasza ciekawość do innych osób, jak również ich ciekawość do nas to było coś naturalnego. Będąc artystą-fotografem potrafię patrzeć. Próbuję zrozumieć świat, doświadczenia i emocje własne, jak i innych ludzi, różne historie i przekazać to w sposób zarówno dokumentalny jak i abstrakcyjny.
J.T.: Skąd wzięła się koncepcja projektu „My Australia My Journey” i co chciałaś przez niego przekazać?
A.K.: Projekt ten zaczęłam realizować siedemnaście lat temu, kiedy miałam jeszcze dużo energii. Byłam podekscytowana miejscem, w którym się znalazłam. Odkryłam, że Ballarat ma coś w sobie. Piętnaście lat temu liczba mieszkańców nie przekraczała stu tysięcy. Ludzie byli ze sobą zżyci. To była ta wyjątkowość Ballarat, która mnie urzekła.
Pamiętam rok 2012 i tragiczny pożar u sąsiadów, który doszczętnie pochłonął ich dom. My ewakuowaliśmy się w środku nocy. Okoliczni mieszkańcy okazywali troskę zarówno pogorzelcom, jak i ich otoczeniu. Podczas rozmowy z jedną parą spacerującą z psem, okazało się, że są lokalnymi artystami. Zaprosili mnie do powstającej grupy artystycznej SHAC – istnieje do tej pory – w naszej dzielnicy Soldiers Hill.
Niezwykle cennym doświadczeniem dla mnie był udział – dzięki sponsorstwu Rady Miasta Ballarat – w australijskim programie rozwoju przywództwa społecznego w LBWR – Leadership Ballarat & Western Region (2014).
Jako uczestniczka już dwóch programów przywódczych – LBWR (Ballarat, 2014) oraz GCLP (Gippsland, 2018) – posiadam szeroką wiedzę na temat funkcjonowania lokalnych społeczności. Dzięki tym programom, z których każdy trwał rok, miałam możność odwiedzić dwa więzienia stanowe i rozmawiać z osadzonymi, poznać zadania szpitali oraz rządowych i pozarządowych organizacji.
Do najciekawszych doświadczeń zaliczam coroczną podróż do Canberry na spotkania z przedstawicielami instytucji federalnych i uczestniczenie w Question Time w parlamencie. Pozwoliło mi to zrozumieć, jak funkcjonuje system polityczny i administracyjny Australii.
W tym okresie portretowałam przeróżnych ludzi. Wspomnę chociażby Sudańczyków, uciekających przed wojną domową w ojczyźnie, którym wykonałam fotografie studyjne na pięknym, kwiatowym tle.
Wcześniej, w latach 2012–2013, realizując projekt uliczny, poznałam nastoletnich uchodźców z Afganistanu, którzy przybyli na łodziach do Australii.
Cały czas rozwijałam koncepcję „My Australia My Journey”. Powstały nowe zdjęcia m.in. Ambasadorów Wielokulturowości. Kilka z nich zostało pokazanych na Ballarat Foto Biennale w 2015 roku. Rok wcześniej, zdjęcie Afrykańczyka mojego autorstwa znalazło się w gronie czterdziestu ośmiu finałowych zdjęć prestiżowej nagrody Bowness Photography Prize w Monash Gallery of Art w Melbourne (obecnie Museum of Australian Photography).
Więcej o wystawie przeczytasz TUTAJ.
Potem w Ballarat zrobiłam projekt uliczny „W R You”. Czarno-białe fotografie, przypominające plakaty, pokryły ściany wybranych budynków jako reakcja na „nocne” graffiti. Chodziło o pokazanie ludziom innej formy sztuki ulicznej. Do realizacji tego półrocznego przedsięwzięcia zostałam wybrana w drodze naboru ofert. Projekt, sponsorowany przez Wiktoriańskie Ministerstwo Sprawiedliwości, zyskał taką popularność, że komercyjny Channel 7 skontaktował się ze mną w 2015 roku, chcąc nakręcić odcinek o mojej sztuce dla programu Better Homes and Gardens TV.
Odcinek Better Homes and Gardens TV obejrzysz TUTAJ.
J.T.: Czy bycie artystą jest trudne?
A.K.: Tak, jeśli chce się żyć ze sztuki. I to niezależnie od tego, gdzie się żyje. Przez wiele lat utrzymywałam się z fotografii komercyjnej, robiąc zdjęcia np. na weselach, wernisażach lub dla przeróżnych organizacji. Założyłam sobie jednak cel: 50% pracy komercyjnej i 50% pracy artystycznej.
Bycie artystą to jest moje życie. Zawsze czułam się artystą i osobą kreatywną, chociaż nie miałam jako dziecko możliwości chodzenia do szkoły artystycznej w Polsce. Gdziekolwiek żyłam, starałam się zachować ciągłość tworzenia i cały czas rozwijałam się twórczo. Po przeprowadzce do Australii znalazłam przestrzeń i czas, aby oddać się mojej pasji artystycznej. Staram się, aby częściowo móc się utrzymać ze swojej sztuki.
J.T.: Co jest wyzwaniem w pracy twórczej?
A.K.: Na początku warto podkreślić, że artyści zadają krytyczne pytania o rzeczywistość. Niektórych pytania te przerażają. Niektórym one nie pasują, bo weryfikują bezsensowność niektórych działań. Może nie jest przypadkowe to, że poprzedni rząd Partii Liberalnej podwyższył opłaty za dyplom studiów wyższych ze sztuki do 50 tys. dolarów. Poza tym, w Australii nie ma zbyt wielu źródeł dofinansowania na projekty artystyczne.
Kluczowe pytanie jest, czy umiesz wyobrazić sobie życie bez sztuki i artystów?
J.T.: Nie.
A.K.: No właśnie. Praca artysty to jak wiele innych zawodów, składa się z różnych elementów. Szukanie dofinansowania na projekty, pisanie wniosków i szukanie listów poparcia, dokumentowanie prac, marketing, zadania administracyjne, podatki, księgowość… Przy założeniu, że 3-4% wniosków otrzymuje dofinansowanie, proces ten jest pełen wyzwań. Dużo czasu poświęcam na znalezienie programów dofinansowań na realizację projektów tworzonych z lokalnymi społecznościami i artystami oraz z ludźmi z różnymi potrzebami.
Poza tym jest sam proces tworzenia: notowanie pomysłów, które przychodzą o różnych porach dnia i nocy, planowanie i praca w studiu. Osobiście, uwielbiam proces tworzenia czegoś, co miałoby sens i byłoby zrozumiałe przez innych. Żeby dawało im radość z życia w miejscu/ rzeczywistości, w której są.
Podczas studiów i pracy zawodowej nauczyłam się wielu umiejętności – zarządzania, planowania, pisania wniosków o dofinansowanie, udzielania wywiadów i umiejętności wyrażania siebie w innym języku – z których obecnie korzystam w swojej pracy jako artysty.
J.T.: Swoim doświadczeniem dzielisz się także z innymi – uczniami i młodymi adeptami sztuki.
A.K.: Tak. Chociaż przekazywanie wiedzy zawsze było mi bliskie, dopiero teraz czuję większą potrzebę uczenia innych i myślę o zostaniu wykładowcą na wyższej uczelni. Niestety bardzo trudno jest się dostać, bo większość wykładowców ma doktoraty lub magisterkę. Moje życie potoczyło się tak, że nie poszłam na studia magisterskie. Zawsze miałam inne priorytety np. kupno domu. Studia były na dalszym planie.
Pomimo tego przez lata ciężko pracowałam, aby zdobyć wiedzę i umiejętności, przydatne w pracy nauczyciela sztuki. Ukończyłam studia licencjackie z fotografii na London Metropolitan University, intensywny 6-miesięczny Certificate IV Training and Assessment na RMIT oraz szereg szkoleń z zakresu marketingu, WordPressa i mediów społecznościowych. Posiadam ponad 17-letnie doświadczenie pracy jako artysta wizualny, wzbogacone licznymi udziałami w konkursach fotograficznych i ponad 100 wystawach zbiorowych oraz indywidualnych. Moja ostatnia solowa wystawa „Hills Hoist” prezentowana była w Melbourne City Library Gallery od 12 listopada do 7 grudnia 2025.
Od grudnia tego roku prowadzę warsztaty cyjanotypii i fotografii w moim nowym studiu mieszczącym się w znanej historycznej kolonii artystów w Montsalvat (Eltham, północno-wschodnia dzielnica Melbourne), która jest najstarszą, nieprzerwanie działającą społecznością artystyczną w Australii.
J.T.: Angażujesz się także w inicjatywy wolontariackie…
A.K.: Jestem wolontariuszką w publicznym muzeum współczesnej sztuki australijskiej Heide Museum of Modern Art. Cały czas staram się być aktywna w świecie artystycznym.
J.T.: Jakie tematy inspirowały Ciebie kiedyś? Jak na przestrzeni lat zmieniały się obiekty Twoich fascynacji?
A.K.: W każdym miejscu, w którym dane było mi żyć – Queensland, Ballarat, Gippsland, Melbourne – realizowałam ciekawe projekty, których wspólnym mianownikiem byli ludzie, krajobrazy i to, co się dzieje w społeczeństwie. Trudno wybrać jeden szczególny…
W latach 2020–2022 wraz z trójką innych fotografów zrealizowałam projekt polegający na dokumentacji pandemii koronawirusa i pożarów w regionalnej Wiktorii. Podróżowaliśmy po stanie, robiliśmy zdjęcia i prowadziliśmy rozmowy z osobami z „pierwszej linii frontu”, między innymi z pielęgniarkami i strażakami. Wystawa fotografii z projektu została zaprezentowana w Wiktoriańskiej Bibliotece Stanowej (State Library Victoria) w Melbourne, a potem także w innych miastach. Obecnie zdjęcia z tej wystawy stanowią część kolekcji stanowej.
J.T.: Fotografowałaś wielu ludzi i wiele miejsc. Które sesje najgłębiej utkwiły Ci w pamięci?
A.K.: Pamiętam zapachy, światło, kolory… takie fotograficzne migawki z różnych przeżyć. Z dzieciństwa biało-czarne obrazy Częstochowy… osoby pod parasolkami, które sprzedawały oranżadę cytrynową i truskawkową. Z pobytu w Maroko w 2007 roku światło, które ogarnęło uliczny zgiełk późnym popołudniem, z Tokyo – uprzejmość ludzi, dźwięk zderzających się ciał w corocznym japońskim konkursie sumo i czystość ulic.
Zawsze starałam się być otwarta na świat. Przez trzy pierwsze miesiące studiów fotograficznych w Londynie mało rozmawiałam z ludźmi. Za to często wychodziłam na ulicę i chłonęłam to, co mnie otaczało. Fotografia pozwala utrwalać magię codzienności.
Nigdy nie wiadomo, które zdjęcie będzie tym wyjątkowym. W 2023 roku utrwaliłam w kadrze… kałużę w lesie. Był grudzień. Spadło dużo śniegu, ale nie było jeszcze mrozu. Wielka kałuża na drodze uniemożliwiała przejazd. Utrwaliłam ją na czarno-białej fotografii. Czarna kałuża i i śnieg na drzewach. Symbol „rozdwojenia”, które czujemy w sobie, jak migrujemy i pozostawiamy naszą rodzinę na drugim końcu świata. Tak to widziałam.
W 2024 roku zdjęcie to znalazło się w grupie finalistów nagrody CLIP Award Contemporary Landscapes in Photography, prezentowanych na wystawie w Perth.
J.T.: Czy masz jakieś artystyczne marzenie?
A.K.: Chcę się dalej rozwijać i uczyć, realizować ciekawe projekty. Od roku eksperymentuję z metodą cyjanotypii – historycznej i alternatywnej techniki fotograficznej, opartej na światłoczułości związków żelaza, umożliwiającej tworzenie obrazów bez aparatu (fotogramów) lub z negatywów za pomocą światła UV[2].
Bardzo podoba mi się, że metoda jest manualna, że wszystko robi się rękami. Jak już wspomniałam powyżej, aktualnie prowadzę warsztaty cyjanotypii w moim nowym studiu w Montsalvat w Melbourne i serdecznie wszystkich na nie zapraszam.
Dowiedz się więcej o warsztatach.
Wspomniana już wcześniej wystawa „Hills Hoist” była efektem współpracy z moją siostrą i siostrzeńcami, z którymi zrobiłam kilkanaście botanicznych odbitek cyjanotypijnych. Nie lada wyzwaniem było zrobienie odbitek paproci na dużym prześcieradle znalezionym na strychu. Ale poradziliśmy sobie.
Jakiś czas temu próbowałam nawiązać kontakt z artystami ze Stanów Zjednoczonych. Byłam zainteresowana rezydencją artystyczną w San Francisco, aby współpracować z archiwum polskiej emigracji. Niestety nie udało się.
W niedalekiej przyszłości mam zamiar powrócić do mojego pomysłu z 2024 roku udokumentowania zmian w życiu Polek, które w podobnym okresie, co ja przeprowadziły się do Londynu. Chciałabym go urzeczywistnić z finansową pomocą Creative Australia, największej rządowej instytucji wspierającej artystów. Złożyłam wniosek po raz trzeci z nadzieją, że tym razem szczęście mi dopisze.
J.T.: Szczerze Ci tego życzę. Dziękuję za rozmowę.
Rozmowa została przeprowadzona 4 grudnia 2025.
Aldona Kmieć – rocznik 1977, fotografka i artystka wizualna z Melbourne, Ambasador Wielokulturowości w Ballarat w latach 2012–2014. Jej twórczość obejmuje fotografię cyfrową i analogową, instalacje oraz prace archiwalne. Czerpiąc z tematów przynależności, pamięci i przemieszczenia, łączy w swojej twórczości podejście konceptualne i dokumentalne, aby zgłębiać złożoność tożsamości i więzi.
Aldona studiowała fotografię na London Metropolitan University (2006–2008), gdzie jej wystawa dyplomowa przyniosła jej pierwszą fotograficzną nagrodę. Po emigracji do Australii w 2009 roku założyła pracownię fotograficzną i studio w Ballarat, gdzie rozwinęła dorobek artystyczny odzwierciedlający szersze wątki społeczne.
Do jej ostatnich wystaw należą: „Hills Hoist” (2025), „Veil” (2024), „Neighbourhood Watch” (2024) i „Winterbloom” (2021), a także prace dokumentalne na zlecenie Biblioteki Stanowej Wiktorii (2021–2022). Jej wcześniejsze projekty to „In the Process of Healing” (2017) i „We R You” – partycypacyjna inicjatywa street artu w Ballarat (2013). W 2012 roku została wybrana do programu rezydencyjnego Under the Floorboards, co jeszcze bardziej poszerzyło jej praktykę.
Prace Aldony zostały docenione zarówno w kraju, jak i za granicą, a ostatnio znalazła się w gronie finalistów takich konkursów, jak Omnia Art Prize (2025), Mullins Conceptual Photography Prize (2024) i prestiżowej nagrody Bowness Photography Prize (2014). Znalazła się również na długiej liście nominowanych do Taylor Wessing Photographic Portrait Prize (Wielka Brytania, 2024).
Jej twórczość była wspierana grantami i rezydencjami, w tym City of Melbourne Arts Grant (2025), a także możliwościami współpracy z Montsalvat Art Centre, Gasworks Arts Park i Trocadero Projects, gdzie otrzymała wsparcie mentorskie i zaangażowała się w specjalistyczne rezydencje studyjne.
Strona internetowa artystki https://aldonakmiec.com/.
[1] Cyjanotypię, znaną z charakterystycznych niebieskich odbitek, wynalazł w 1842 roku Sir John Herschel – angielski naukowiec (astronom, fizyk i chemik), dwukrotny laureat Medalu Copleya – najwyższej nagrody naukowej w XIX wieku.
[2] Eureka Rebellion – powstanie górników złota w miejscowości Ballarat (Wiktoria, Australia), mające miejsce w 1854 roku. Wymierzone zostało przeciwko brytyjskim władzom kolonii, które to w trakcie wiktoriańskiej gorączki złota obłożyły górników wymogiem posiadania licencji wydobywczej, horrendalnie wysokim podatkiem wynikającym z jej posiadania (wobec którego nie mogli się formalnie sprzeciwić, gdyż nie mieli praw wyborczych), a także na inne sposoby traktowali górników w sposób brutalny i niesprawiedliwy, głównie podczas pobierania opłat. Punktem kulminacyjnym konfliktu była bitwa o Palisadę Eureka, stoczona 3 grudnia 1854 roku w Eureka Lead (źródło: Wikipedia).
Zdjęcie tytułowe: grafika własna z wykorzystaniem portretu artystki na wystawie „Veil , Tacit Art Gallery 2024 © Aldona Kmiec 2024







